Menu:
Strona Główna
O nas
Władze Klubu
Członkostwo w AKTK
Relacje z imprez
Galerie zdjęć
O nas w mediach
Kontakt


Logo 15-lecie klubu




Rajd Pieniny 24-25 kwietnia 2004

Pieniny, pasmo górskie w południowej Polsce i częściowo północnej Słowacji, wchodzące w obręb Podhala, stanowiące wschodnią część Pienińskiego Pasa Skałkowego pomiędzy Doliną Białki na zachodzie a Doliną Popradu koło Starej Lubowli... ale krótko mówiąc - dla nas były to: niesamowite podejścia, fantastyczne widoki, niezapomniane przeżycia a w szczególności świetna zabawa !!

Na przewidywany na dwa dni (24-25 kwietnia 2004) rajd musieliśmy wyjechać już dzień wcześniej czyli 23 kwietnia. O godzinie 23:00 spotkaliśmy się na dworcu kolejowym w Kielcach i 23:15 już siedzieliśmy w pociągu marząc o wspaniałej wyprawie.

W drodze do Nowego Sącza w pociągu w radosnej atmosferze zabawy i niecierpliwości zdążyliśmy się już tak dobrze poznać, że mała ekipa (20 osób) pasjonatów spacerów po górach zmieniła się w grupkę przyjaciół. Mimo 5-cio godzinnej podróży pociągiem większość z nas nie czuła senności. Pobudzeni wizją zbliżającej się przygody nawet nie wiedzieliśmy co nas czeka.

O godzinie 4:06 wysiedliśmy na dworcu w Nowym Sączu i tam zaczęły się nasze przygody. Okazało się, że transport, którego rozkład zdobyliśmy z Internetu... już tam nie kursuje. Niepewność co dalej przeszyła wszystkich, ale po chwili uśmiech pojawił się na twarzach wszystkich, bo zrozumieliśmy, że oto zaczyna się niesamowita wyprawa z nieprzewidzianymi sytuacjami, której scenariusz będziemy pisać my sami.

Po znalezieniu miejsca na odpoczynek grupa została na miejscu a ja (zwany dalej Przewodnikiem lub ...Trenerem), ruszyłem organizować transport. Zdumienie moje sięgało granic gdy kolejni pytani ludzie nie wiedzieli gdzie znajduje się Sucha Dolina do której chcieliśmy się dostać. Nawet kierowcy PPKS nie potrafili nam pomóc. Wreszcie po zasięgnięciu języka zdecydowałem, że udamy się do miejscowości Rytro leżącej na trasie do Suchej Doliny, którą pamiętałem z mapy. Autobusem PKS dojechaliśmy na miejsce po godzinie 5:00 i w pobliskiej stacji kolejowej dowiedzieliśmy się, że (o dziwo!) do Suchej Doliny można się dostać autobusem, który przyjedzie o godzinie 6:05. W poczekalni dworca schroniliśmy się przed chłodem i nadciągającym deszczem, a o wyznaczonej godzinie autobusem udaliśmy się do oddalonej o 18 km miejscowości Kosarzyska.

Teraz od Suchej Doliny dzieliła nas już tylko asfaltowa droga. Ale jaka droga?! Tysiąc metrów ostrego podejścia krętą jezdnią do samej miejscowości!! Na szczęście słońce wyszło zza chmur i ogrzało strudzonych podróżników. Doszliśmy do miejsca z którego miała się zacząć nasza wędrówka.

Była godzina 9:00 rano w sobotę. Rozpoczęliśmy wspinanie się pod pierwszy szczyt - Obidzę. Po nieprzespanej nocy i pierwszym takim podejściu dalsza droga wydawała się męczarnią, ale okazała się niedługa i szczęśliwi już pół godziny później siedzieliśmy rozkoszując się słońcem i pięknymi widokami na wysokości 931m n.p.m. w Bacówce na Obidzy, gdzie szczęśliwi zjedliśmy śniadanie popijając gorącą kawą lub herbatą. Tam dostaliśmy telefon od dwójki naszych przyjaciół, którzy wyruszyli w Pieniny już 2 dni wcześniej i umówiliśmy się z nimi 20 minut później na szlaku.

Spotkanie z nimi było kolejnym radosnym wydarzeniem tego dnia, bo oznaczało, że mimo początkowych niespodzianek wszystko wróciło na dobrą drogę i idziemy zgodnie z planem.

Skręciliśmy na niebieski szlak. Wiedzie on szczytami górskimi wzdłuż granicy polsko-słowackiej i gdzieniegdzie przecina piesze przejścia graniczne. Granica ze Słowacją najpierw jest oznaczona starymi tablicami informacyjnymi, a dopiero potem biało-czerwonymi słupkami. Nie schodząc poniżej 900 m n.p.m. ruszyliśmy szczytami Syhła, Hurcałki, Szczob do Przełęczy Rozdziela. Wyobraźcie sobie jaki widok ukazał się nam gdy wyszliśmy z lasu na górę tuż przed pierwszym przejściem granicznym - słupki graniczne odległe od siebie o kilkadziesiąt metrów dzieliły przełęcz pomiędzy zalesionymi wzniesieniami i mogliśmy podziwiać piękno podhalańskich gór, zadziwiające konstrukcje skalne, hale pokryte zieloną trawą i pasące się na nich owce. W punkcie granicznym na przełączy nie zastaliśmy nikogo i bez przeszkód mogliśmy przejść na stronę Słowacką, jednak do miasta Litmanowá na Słowacji było kilka kilometrów, a my musieliśmy ruszać w dalszą drogę.

Po przejściu góry Wierchliczka (955 m), rozdzieleni na 3 mniejsze grupy zaczęliśmy kolejno zdobywać pierwszy tysięcznik na naszej drodze - górę Smerekowa (1013m). Po drodze, w lesie, minęliśmy obszary pokryte jeszcze śniegiem, gdy tuż obok rosły już krokusy. Wśród drzew przemykała sarna. Szczyt Smerekowej jest zalesioną strzelistą skałą o wysokości jakichś 20 m, którą szlak omija. Troje z nas nie dało jednak za wygraną i wspięło się na szczyt, a tam czekała na nas nagroda - patrząc ponad drzewami widzieliśmy piękne polskie hale, zielone wzgórza i strzelające w górę skały w Rezerwacie Biała.

Rozpoczęliśmy podejście pod najwyższą górę na tym szlaku (i w okolicy) - Wysoką (1050 m). Szlak prowadzi wokół góry aż do miejsca skąd zaczyna się łagodniejsze podejście skalistą drogą na szczyt. Większość grupy skierowała się do tego łagodnego podejścia, kiedy kilku z nas zdecydowało ruszyć po stromym zboczu i zdobyć szczyt od jego trudniejszej do podejścia strony. Jak się okazało nie wiedzieliśmy na co się porywamy i już w połowie drogi większość z ochotników zeszła na szlak i pozostało nas trzech. Zaczęło padać. Po dotarciu do ostatniego etapu podejścia okazało się, że stanęliśmy przed 8 metrową prawie pionową skałą. Niestety jeden z nas źle się poczuł i musiał obejść górę. My zaś bez plecaków zaczęliśmy wspinać się na szczyt po stromej i mokrej skale. Na szczęście obyło się bez kontuzji i po wciągnięciu plecaków mogliśmy cieszyć się z efektów wspinaczki. Naszą euforię przytłumiły jednak zbierające się chmury i podnoszące się nad lasem mgły, które przesłaniały widok. Jednak widok mgieł u naszych stóp był wystarczająco niesamowitym przeżyciem. Ruszyliśmy łagodniejszym zejściem na spotkanie z grupą.

Niewielu uczestników zdecydowało się na wejście na skalisty szczyt w taką pogodę, więc ruszyliśmy dalej pokonując kolejne zejścia i wzniesienia w kierunku na górę Dubraszkę (942 m) oraz dalej na Wysoki Wierch (898 m). Szlak znów omija stromy szczyt Wysokiego Wierchu a padający deszcz nie zachęcał do kolejnej wspinaczki, więc zdecydowaliśmy skorzystać z wytyczonej ścieżki. I nic na tym nie straciliśmy bo spotkaliśmy bacę, który właśnie wrócił ze starszymi owcami z hal i przyszedł do zagrody zabrać małe owieczki. Młode przestraszone takim tłumem nieznajomych ludzi bały się wyjść z zagrody, ale wiedzione zaufaniem do pasterza szybko przebiegły obok nas by dołączyć do stada. Wśród owiec nie obyło się bez sławnej czarnej owcy, która była ozdobą stada. Pokrzepieni posiłkiem i zakupionymi od gospodyni oscypkami ruszyliśmy dalej.

Zeszliśmy z Huściawy (818 m) i dalej ze wzgórz Cyrhle podziwialiśmy przełęcz Klimontowską. W drodze na Szafranówkę (742 m) przez Laźne Sakły (773 m), Załazie (731 m) i Witkulę (736 m) szlak prowadzi raz po lewej raz po prawej stronie granicy więc zdarzało nam się bardzo często przekraczać granicę ze Słowacją bez paszportów, a do Unii Europejskiej wchodzić mieliśmy dopiero za tydzień... Po lewej stronie między wzgórzami dawało się dojrzeć oddalone o kilka kilometrów Słowackie miasto Lesnica częściowo zasłaniane przez szczyt o nazwie Popowa Hora.

Z Szafranówki rozciąga się piękny widok na okoliczne tereny a w zimie działa tu wyciąg narciarski. Stąd pokonując dość strome skalne podejścia i przemierzając las minęliśmy kolejne (dokładnie czwarte) na naszej drodze przejście graniczne, które tak jak wszystkie poprzednie było niestrzeżone przez nikogo. Znów się rozpadało, więc musieliśmy schodzić bardzo ostrożnie bo płynącym błocie z ostatniej górki u podnóża której znajdowało się schronisko "Orlica", gdzie mieliśmy spędzić noc. Zbliżała się godzina 16:00.

W schronisku zostaliśmy bardzo mile przyjęci i ulokowani w domkach tuż obok. Po obmyciu się z błota część zmęczonych uczestników udała się na spoczynek, a my małą grupką wyruszyliśmy zakosztować Słowackiego piwa. Przeszliśmy, tym razem pilnie strzeżone przejście graniczne, gdzie na pamiątkę od słowackiego celnika dostaliśmy ostatnie przed naszym wejściem do Unii pieczątki potwierdzające naszą obecność na Słowacji. Asfaltową drogą wzdłuż pionowo wznoszących się 30 metrowych skał doszliśmy do miejsca nazywanego "Chata Pieniny", gdzie akurat odbywała się zabawa weselna. Siedliśmy pod jednym dachem z ucztującymi Słowakami i słuchając śpiewających biesiadników, wypiliśmy po kuflu piwa za zdrowie państwa młodych. Niestety nie udało się nam zrobić zdjęcia z oficerem straży granicznej, ale już w rewelacyjnych humorach wracaliśmy do schroniska, po drodze oglądając spływających Dunajcem flisaków.

Po odpoczynku i prysznicu chcieliśmy razem z przebywającymi w schronisku Niemcami zorganizować integracyjne ognisko, ale nasi zachodni sąsiedzi jak się okazało albo przestraszyli się drobnego deszczyku jaki padał od kilku godzin, albo nie umieli rozpalić częściowo mokrego drewna. Na szczęście my nie mieliśmy z tym problemu i do późnego wieczora siedzieliśmy przy ognisku jedząc kiełbaski, opowiadając dowcipy i śpiewając piosenki. Zmęczeni drogą i emocjami w końcu poszliśmy spać.

W niedzielę rano, już po godzinie siódmej, nie mogąc spać gdy dookoła takie piękne widoki, przy porannej kawce spoglądaliśmy na pobliski Długi Gronik (569 m) i zalesioną Sokolicę (747 m). Po śniadaniu posprzątaliśmy pokoje, podziękowaliśmy za gościnę i o godzinie 10:00 wyruszyliśmy zdobywać kolejny szczyt - Trzy Korony (982 m).

Wynajętym busem przejechaliśmy ze Szczawnicy do pobliskiego Krościenka nad Dunajcem i pieszo rozpoczęliśmy wspinanie się wzdłuż żółtego szlaku na szczyt. Początkowo znów musieliśmy wchodzić pod stromą górę, ale po tym co przeszliśmy poprzedniego dnia to było nic. Po wejściu do Pienińskiego Parku Narodowego natknęliśmy się na starszą kobietę sprzedającą turystom zsiadłe mleko, kompot i kilka innych produktów z własnego gospodarstwa. Posililiśmy się zimnym kompotem i z życzeniami szerokiej drogi ruszyliśmy na Przełęcz Szopka. Po drodze mogliśmy spoglądać z góry na widoczną dobrze zachodnią część Szczawnicy. Pogoda się poprawiała, a kanapki na przełęczy Szopka smakowały znakomicie, więc z nową energią ochoczo wchodziliśmy krętą drogą na sam szczyt.

Ze stalowej platformy na szczycie Trzech Koron widok zapiera dech w piersiach: widać Polskie i Słowackie góry, przełęcze i miasteczka, a wszystko to przeplecione krętym korytem Dunajca. Ciężko było na czymś jednym skupić wzrok, bo tuż obok rozciągał się równie ciekawy widok. Przez około 20 minut spoglądaliśmy z góry podziwiając krajobraz i robiąc zdjęcia, po czym zdecydowaliśmy się zejść do widocznego z góry schroniska "Trzy Korony" tuż obok granicy ze Słowacją.

Droga w dół prowadziła przez górę Zamkową (779 m) gdzie znajdują się ruiny XIII w. zamku i kapliczka bł. Kingi. Z zamku została już tylko część murów, resztę rozkradziono dawno temu. Kontynuując zejście z Trzech Koron musieliśmy iść jedno za drugim, bo droga była wąska a skarpa bardzo stroma, ześlizgnięcie się na dół równałoby się dwudziestominutowej wspinaczce z powrotem. Po dotarciu na dół przeszliśmy przez strumyk i drogą dotarliśmy wreszcie do schroniska. W czasie odpoczynku zrobiliśmy mnóstwo zdjęć na tle Trzech Koron i piętrzących się tuż za Dunajcem Słowackich gór. Apetyt dopisywał wszystkim.

W drogę powrotną do Krościenka ruszyliśmy przez Wąwóz Szopczański. Jest to niesamowite miejsce, które spływająca z gór woda wydrążyła w skale. Do dziś płynie tam strumień a z pomiędzy skał spływają fale czystej górskiej wody. Już myśleliśmy, że przejdziemy łagodnie wznoszącym się wąwozem na drugą stronę góry, gdy okazało się, że wąwóz nagle się kończy i dalej musieliśmy wspiąć się po wydeptanej ścieżce pod górę aż do Przełęczy Szopka. Na szczęście ścieżka opatrzona została poręczami, trzymając się których wchodziliśmy pod górę po wyciętych co jakiś czas schodkach. Z radością powitaliśmy widok miejsca postoju na Przełęczy Szopka, bo oznaczało on koniec drogi pod górę a teraz czekało nas już tylko schodzenie na dół. Podziwiając tym razem uważniej okoliczne łąki porośnięte żółtymi kwiatami schodziliśmy do Krościenka.

W miasteczku byliśmy godzinę przed umówionym odjazdem busem do Nowego Targu, więc udaliśmy się na zwiedzanie miasteczka. Krościenko w niedzielę po południu okazało się bardzo ruchliwym miastem. Mnóstwo mieszkańców spacerowało ulicami a turyści po wędrówce odjeżdżali na spoczynek. My również zdecydowaliśmy się odpocząć i zjeść ciepły posiłek, więc znaleźliśmy wolne stoliki w pobliżu zabytkowej fontanny i przez pół godziny odpoczywaliśmy pałaszując zakupione z pobliskiego baru smakołyki.

O 18:30 umówiony bus już czekał i wyruszyliśmy w drogę do Nowego Targu. Przewidywaliśmy nawet godzinną jazdę na zatłoczonych drogach, ale na nasze szczęście tego dnia ruch nie był tak wielki jak zwykle. Jednak byśmy nie siedzieli bezczynnie na dworcu zbyt długo, kierowca zaproponował zwiedzenie zabytkowego kościoła w Dębnie tuż za jeziorem Czorsztyńskim. Dowiedzieliśmy się od niego, że kościół ten jest tym samym, w którym filmowy Janosik brał ślub, a kościół później został rozebrany i przeniesiony do Dębna. Zabytek (klasy 0) okazał się niestety zamknięty i musieliśmy się zadowolić oględzinami z zewnątrz. Drewniany kościół jest naprawdę pięknie wykonanym obiektem odwiedzanym tłumnie przez turystów, a ze względu na swą wartość zabytkową również pilnie strzeżonym przez rozstawione wokół kamery monitoringu.

0 19:55 w Nowym Targu pożegnaliśmy się z kierowcą i weszliśmy do poczekalni dworcowej, gdzie każdy z ulgą zajął miejsce siedzące w oczekiwaniu na pociąg. Nie czekaliśmy długo bo już za 15 minut wsiadaliśmy do pociągu zmierzającego do Krakowa - naszego miejsca przesiadki.

Znów mieliśmy szczęście jechać nie zatłoczonym pociągiem. Ale o dziwo tylko kilka osób próbowało spać - reszta nadal rozprawiała o przeżyciach tego dnia i żałowała, że przygoda zbliża się do końca. Jednak to jeszcze nie koniec.

W Krakowie byliśmy o 23:30 i musieliśmy czkać godzinę na pociąg do Kielc, więc by nie siedzieć na niezwykle zatłoczonym dworcu ruszyliśmy podziwiać Kraków nocą. W tym mieście o godzinie 24:00 można spotkać mnóstwo młodzieży i dorosłych zmierzających po zabawie do domu lub innego baru. Mimo braku turystów na Rynku, nawet o północy otwarta jest kwiaciarnia, gdzie mężczyźni kupują swoim partnerkom kwiaty dziękując za mile spędzony wieczór. Uliczki są skąpane w pomarańczowym świetle latarni a część sklepów jest nadal otwarta. Nie ma jednak hałasu towarzyszącego tłumom ludzi odwiedzających Rynek za dnia oraz turkotu przejeżdżających w pobliżu samochodów i dorożek. Z radością patrzyliśmy na Kościół Mariacki oświetlony snopami światła z reflektorów. Jeszcze obowiązkowa fotografia pod pomnikiem Adama Mickiewicza i ruszyliśmy w drogę powrotną na dworzec.

Ostatnie dwie godziny w pociągu do Kielc spędziliśmy rozmawiając o zbliżającym się tygodniu i planując następną wyprawę. Zmęczeni, ale w dobrych nastrojach dotarliśmy o 2:30 rano (w poniedziałek) do Kielc, gdzie na dworcu nastąpiło pożegnanie.

Tak więc nasza wyprawa zaczęła się w piątek a skończyła w poniedziałek i gdyby nie konieczność powrotu do cotygodniowych zajęć to chętnie zostalibyśmy w Pieninach jeszcze kilka dni dłużej, podziwiając piękno tamtejszych okolic.

Już planujemy kolejną wyprawę w góry... chcesz iść z nami??


Powrót




Opiekun strony: Konrad Sarnecki, Dominik Kwiatkowski
© 2016 Akademicki Klub Turystyki Kwalifikowanej PTTK "Sabat"

Tło: Widok z platformy widokowej na Œwiętym Krzyżu (Wojciech Kurtek, 23.01.2016)