Menu:
Strona Główna
O nas
Władze Klubu
Członkostwo w AKTK
Relacje z imprez
Galerie zdjęć
O nas w mediach
Kontakt


Logo 15-lecie klubu




Rajd Wiosenny Wiœlica - Busko Zdrój - Pińczów 20-21 marca 2004 r.



I Rajd Wiosenny (Wiślica-Busko Zdrój-Pińczów)
20-21.03.2004

Zdjęć: 1

01



A wszystko rozpoczęło się dnia 20 marca 2004 roku o godzinie 6:30 na dworcu PKS w Kielcach, gdzie przybyło 15 osób. Poczym wszyscy zajęli miejsca w autobusie, który o godz. 6:45 odwiózł nas do Wiślicy. I tak rozpoczął się RAJD Wiosenny :). Podróż była na szczęście krótka gdyż wszyscy chcieliśmy jak najszybciej wyruszyć na szlak. W Wiślicy powitała nas pani przewodnik, z którą byliśmy umówieni. Rozpoczęliśmy, więc krótką wędrówkę po zabytkach tego miasta. Mieliśmy okazję zobaczyć piękną Kolegiatę (pierwszy dwunawowy kościół w Polsce), wzniesioną na miejscu dwóch wcześniejszych kościołów, których pozostałości mogliśmy obejrzeć w podziemiach wraz z misą gipsową zwaną misą chrzcielną. Dom Długosza podziwialiśmy niestety tylko z zewnątrz (kiedyś to nadrobimy) gdyż wnętrze nie było jeszcze udostępnione dla zwiedzających. Na koniec pamiątkowe zdjęcie i pożegnanie z panią przewodnik. Pogoda wietrzna, (ale do zniesienia) z przebłyskami słoneczka. I tak z uśmiechem o godzinie 9:30 weszliśmy na niebieski szlak biegnący w kierunku Gorysławic.

Na szlaku przewidywane były atrakcje z nagrodami ("procentowymi"). Zadanie polegało na odnalezieniu jak największej ilości czerwonych wstążeczek (rozwieszonych wcześniej przez organizatorów), zerwaniu ich i przechowaniu do końca trasy. I tak rozpoczęło się poszukiwanie tasiemek. Walka rozgrywała się przede wszystkim pomiędzy Rudą, Olem i Osamą. Na początku prowadzenie objął Olo. Jednak tak jak to w życiu jest, tak i w tej walce po pewnym czasie prowadzenie przejęła kobieta - Ruda!!!

I tak idąc, rozprawiając na przeróżne tematy, prześcigając się w odnajdywaniu tasiemek dotarliśmy do Chotla Czerwonego. Tu się odbył nasz pierwszy posiłek na trasie, który smakował wyśmienicie przy lekkim jeszcze zimowym wietrzyku. Po krótkim odpoczynku i obejrzeniu kościółka (niestety też tylko z zewnątrz) wyruszyliśmy w dalszą trasę. Każdy najedzony szedł nie marudząc. I tak szliśmy, szliśmy, szliśmy raz w deszczyku raz w wietrzyku aż doszliśmy Skorocic, gdzie czekała na nas kolejna atrakcja - jaskinia. Było tam naprawde fajnie. Nietoperzy niestety nikt nie zauważył (pewnie jeszcze spały). Co dzielniejsi ruszyli do zdobywania wąskiej i mokrej jaskini wydrążonej w gipsowej skale, na której dnie, płynęła rzeka. Po przejściu pierwszych kilku metrów natknęliśmy się na małe bajorko, które trzeba było pokonać. Dzielni "rajdowicze" poradzili sobie bez żadnego wysiłku. Przejście kolejnej jaskini wiązało się z pokonaniem wąskiej, śliskiej i niebezpiecznej półki, z czym także nie było problemu. Następnie kilka zdjęć z pozostałością zamarzniętych sopelków lodu i satysfakcja z przejścia ciemnej i mrocznej jaskini. Ci, co nie byli niech żałują, bo wrażenia wspaniałe. Obok jaskiń mogliśmy podziwiać gipsowe ściany. No, ale trzeba było wrócić na szlak. Ze Skorocic doszliśmy do Chotla Zielonego gdzie obejrzeliśmy kolejny kościółek. Tu też odbył się kolejny odpoczynek i posiłek, na który wszyscy czekaliśmy niecierpliwie. I się doczekaliśmy, troszkę wiało, gdyż kościółek na górce się znajdował, ale nikt na to nie zwracał uwagi. Najważniejsze były kanapki!! Ale szlak czekał, więc poszliśmy dalej. A dzieliła nas tylko godzinka drogi (zleciała bardzo szybko) do Buska.

I tak ok. godz. 16 znaleźliśmy się w Busku-Zdroju, gdzie był nasz nocleg. Po wyczerpującym marszu, każdy myślał o prysznicu i czymś, na czym można spocząć. Jednak troszeczkę trzeba było poczekać, gdyż trafiliśmy pod niewłaściwy internat. Ale chwila wysiłku i znaleźliśmy się tam gdzie trzeba! Trochę odpoczynku i przyznanie nagrody za największa liczbę tasiemek, która otrzymała oczywiście kobieta - Ruda!!!!!!!!!! A teraz czas na zwiedzanie sanatorium "Marconi". Nie obyło się bez skosztowania wód leczniczych o bardzo charakterystycznym smaku i zapachu. Więc wszyscy pili i chcieli więcej - czystej wody do popicia. Najpierw spróbowaliśmy wody: Jodkowo-Bromowej. Ohydztwo! - ktoś wykrzyknął. Tylko połknięta łyżka soli wraz kroplą wody może odzwierciedlić słoność "płynu leczniczego". "Twardzi" studenci widząc drugą wodę - Siarczkową pomyśleli, że nie może być nic gorszego od poprzedniej. Argumentem przekonującym do skosztowania wody było to, że nie zostawiała ona pomarańczowego osadu na misie, do której spływała (w przeciwieństwie do poprzedniej). Niestety woda była o wiele bardziej niesmaczna. Niektórzy mówili, iż zgniłe jajko przy tej wodzie to "pikuś". Po "kuracjach leczniczych" w Buskim sanatorium udaliśmy się do drewnianego kościółka Św. Leonarda, gdzie na godzinę 18 byliśmy umówieni z panią przewodnik. Kościółek stary, ale przepiękny (msza odbywa się tylko raz w roku w święto patrona). Poznaliśmy pokrótce jego historię. Spotkanie to było krótkie, ale interesujące. Zakończyliśmy część turystyczno-krajoznaczą i rozpoczęliśmy część rozrywkową.

Poszliśmy czym prędzej na oczekiwane ognisko. Chwila przygotowań i ognisko płonie, a my pieczemy kiełbaski - hurra!! Tak szybko jak się upiekły tak też zniknęły. Jeszcze chwila na pogaduchy towarzyskie i wracamy do internatu lulać. Kto lulać to lulać a reszta balować. Integrowaliśmy się do późnych godzin. Poruszaliśmy przeróżne tematy, śmialiśmy się do łez z opowiadanych dowcipów. W końcu zmęczeni poszliśmy do swoich mięciutkich łóżeczek i zapadliśmy w głęboki sen, żegnając zimę.

Rano, dnia następnego obudził nas lekki deszczyk, ale już wiosenny. Powoli zsunęliśmy się z łóżek, zjedliśmy śniadanko i uzupełniliśmy wodę w organizmie. O godzinie 10 ruszyliśmy na szlak w kierunku Wełeczy. Niestety na początku trasy straciliśmy dwójkę rajdowiczów, którzy postanowili przed nami dotrzeć do Pińczowa sposobem znacznie bardziej zmotoryzowanym. Nas nie przestraszył deszczyk i wiaterek, więc ruszyliśmy przed siebie. Tegoż dnia trasa nie była ciężka, raczej rekreacyjna. Niewielki odcinek prowadził torami kolejowymi, ale nic nikogo nie przejechało i nikt nie zabrał torów. Torami dotarliśmy do dziwacznego drzewa, które miało korzenie ponad ziemią. Dosyć niespotykane zjawisko, które zostało dokładnie sfotografowane. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy dalej. A przed nami znów tory, którymi dotarliśmy na Grochowiska, gdzie dnia 18 marca 1863r miała miejsce bitwa pod dowództwa gen. Langiewicza. Sto metrów dalej pomnik poświęcony pamięci pomordowanych przez hitlerowców Polaków. I tutaj odbywa się nasz pierwszy posiłek. "O jakież to niebo w gębie" pałaszować kanapki w piękny, deszczowo-wietrzny wiosenny dzionek. Co dobre szybko się kończy i wracamy na szlak, który do końca trasy prowadził przez las. Pogoda była mieszana raz deszczyk, czasem dość gwałtowny to znów piękne słoneczko. Co spowodowało, że pojawiła się pierwsza tej wiosny przepiękna tęcza. I tak szliśmy sobie i szliśmy, aż Ola zabolała noga. Potrzebna była interwencja medyczna i przetestowaliśmy wiedzę z Kursu I Pomocy. Chyba pierwsza pomoc wypadła dobrze, bo Olo dotarł do celu bez problemu.

W Pińczowie byliśmy parę minut przed godziną 15-tą, gdzie także czekał na nas przewodnik. Po przywitaniu się weszliśmy na cmentarz wojskowy, na którym spoczywali żołnierze min. polscy, rosyjscy, niemieccy. Na koniec lekka "wspinaczka" na ostatnie wzniesienie tego rajdu, Górę Św. Anny. Na szczycie znajduje się kapliczka św. Anny zbudowana z kamienia pińczowskiego - tzw. pińczaka. Gdy dotarliśmy na miejsce wysłuchaliśmy przewodnika, zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy w dalsza trasę. Schodząc z górki mogliśmy podziwiać niewielkie ruiny zamkowe z winnicami a dalej Pałac Wielkopolskich. Na koniec obejrzeliśmy kościół św. Jana Ewangelisty połączony z klasztorem Paulinów zwanym Belwederem. Przedstawiony został nam łącznik, którego magiczne zdolności mogliśmy sprawdzić osobiście. Kto ciekaw, niech pojedzie do Pińczowa i sam sprawdzi jaka pod łącznikiem jest akustyka..

Zmęczeni ruszyliśmy na dworzec PKS i pożegnaliśmy się z przewodnikiem. Nareszcie mogliśmy wygodnie usiąść w autobusie, który miał nas dostarczyć do Kielc. A w autobusie jeszcze jedna miła niespodzianka - wręczenie odznak "Miłośnika Ponidzia". Odznaki te były nagrodą, która ucieszyła wszystkich. Na minach zmęczonych, przewianych, zziębniętych turystów pojawił się promienny, gorący uśmiech i zadowolenie. Po dojechaniu do dworca w Kielcach serdecznie się pożegnaliśmy i rozeszliśmy "każdy w swoim kierunku"


Powrót




Opiekun strony: Konrad Sarnecki, Dominik Kwiatkowski
© 2016 Akademicki Klub Turystyki Kwalifikowanej PTTK "Sabat"

Tło: Widok z platformy widokowej na Œwiętym Krzyżu (Wojciech Kurtek, 23.01.2016)